Jerzy Hoffman
GW Lublin nr 83, wydanie lul z dnia 08/04/2003 POŻEGNANIA, str. 8W dniu 8 kwietnia przypada pierwsza, bolesna rocznica śmierci mojego ojca Jerzego Hoffmana. Wydaje mi się, że jeszcze wczoraj żartował i droczył się z mamą, podejmując solenne zobowiązanie, że dożyje do swoich imienin 23 kwietnia 2002 r. - niestety, już drugie imieniny będziemy przeżywać bez niego! Mój ojciec Jerzy Hoffman, syn Juliusza i Marianny z domu Prechitko, pochodził z warszawskiej rodziny inteligenckiej. Był najmłodszy z sześciorga rodzeństwa (miał czworo rodzeństwa przyrodniego - Genię, Klimka, Julka, Olka i jedną siostrę rodzoną - Anię). W dzieciństwie stracił ojca i matkę, rodziców zastąpili mu najstarsza siostra Eugenia i jej mąż Jan Kryspel. Już w dzieciństwie narodziły się jego pasje: fotografia, technika i największa - żeglarstwo. W chwili wybuchu wojny miał 12 lat. Od pierwszych dni okupacji hitlerowskiej związał się z konspiracją. Wraz z kolegami z Bielan, Żoliborza i Marymontu był członkiem Związku Walki Zbrojnej, a następnie żołnierzem Armii Krajowej. W tym czasie uczęszczał m.in. do szkoły o specjalności budownictwo drogowe na terenie klasztoru Kamedułów w Lasku Bielańskim. Wolne chwile spędzał w łodzi P7 na Wiśle, oddając się swemu ukochanemu żeglarstwu. Godzina "W" zastała go w okolicy Starego Miasta - został żołnierzem batalionu "Gozdawa". W tragicznych dniach powstania walczył na Starówce, ulicy Senatorskiej i Miodowej, a po upadku Starego Miasta wraz z kolegami przedarł się kanałami do Śródmieścia. Przed końcem Powstania ukończył 18 lat. Po jego upadku przeżył niewolę w stalagu Lambsdorf i w Norymberdze. Za udział w Powstaniu Warszawskim został odznaczony londyńskim Krzyżem Armii Krajowej i Warszawskim Krzyżem Powstańczym. Wyzwolony przez armię amerykańską wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie - służył w armii Andersa w Wielkiej Brytanii i we Włoszech. Do kraju powrócił w 1947 r., nie wyobrażał sobie bowiem życia na obczyźnie. Po powrocie kontynuował naukę i podjął pracę w zespołach projektujących i realizujących odbudowę gmachu Sejmu, Romy oraz budowy nowych znaczących obiektów stolicy. W tym czasie poznał swoją żonę Halinę, pobrali się 23 września 1950 r. W 1952 r. urodził się ich pierwszy syn, Marek, który niestety w wieku trzech i pół miesiąca zmarł. Następnie razem wychowali dwóch synów - mojego brata Jacka i mnie. Zainteresowania techniką i fotografią skierowały go na krótko do pracy w Państwowym Zarządzie Kin. Następnie na wiele lat (z krótką przerwą na pracę w CWU Libella, gdzie był głównym konstruktorem) związał się z Politechniką Warszawską, dał się poznać jako utalentowany konstruktor aparatury badawczej. W 1968 r. zespół naukowców i techników, którego był członkiem, uzyskał tytuł Mistrza Techniki. W tym czasie realizował także swe zainteresowania filmem amatorskim i fotografią, a także mógł powrócić do żeglarstwa. Pływał na swoich kolejnych łodziach. Był aktywnym członkiem Jacht Klubu Politechniki Warszawskiej. Swoje pasje przekazywał nam - synom. W dzieciństwie uwielbialiśmy wspólne z nim wywoływanie zdjęć w zaimprowizowanej ciemni. Najcudowniej wspominam spacery z ojcem na Starówkę, nad Wisłę, później też wspólne wyjazdy na żagle nad Zalew Zegrzyński i Mazury oraz długie rozmowy i analizy konstrukcji łodzi i jachtów. Był kochającym mężem i ojcem. Cieszył się i był dumny z naszych sukcesów - wychował nas na porządnych i wykształconych ludzi. Pokochał swe synowe Joannę i Marię, ale szczególnie ukochał swoje wnuczki Natalię i Felicję - z ich wizyt zawsze cieszył się najbardziej i na spotkania z nimi czekał najbardziej niecierpliwie. W kochającej żonie Halinie znalazł niezawodnego partnera i największego przyjaciela na całe życie. Przeżyli wspólnie piękne chwile. Żona dała mu też ogromne oparcie i troskliwą opiekę od czasu, gdy wiele lat temu dosięgła go ciężka choroba serca, w związku z którą nie powrócił już nigdy do pełnego zdrowia. Przeżyli wspólnie 52 lata. Ostatnie z nich naznaczone były jednak cierpieniem związanym z postępującą chorobą, częstymi pobytami w szpitalach i operacją. Przez ostatnie dwa lata nie mógł już opuszczać mieszkania. Zmarł przeżywszy prawie 75 lat. Zawsze będzie go nam wszystkim bardzo brakowało i nigdy o nim nie zapomnimy. ROBERT HOFFMAN
Źródło: GW